Wyjazd po MGB GT

4:10 pobudka, jedyne co mobilizuje mnie do wstania o tej nieludzkiej godzinie, to perspektywa przejazdu z Wielkiej Brytanii do Polski w samochodzie, który był świadkiem chlubnej historii brytyjskiej motoryzacji. Jednak najpierw trzeba dostać się na Wyspy.

Z tą perspektywą w głowie, razem ze znajomym, który planował zakupić nasz środek transportu na podróż powrotną, wsiedliśmy do wypełnionego po brzegi samolotu, będącego łącznikiem setek tysięcy Polaków między starą i nową ojczyzną. Mojego entuzjazmu nie udało się złamać ani płaczącym niemowlakom ani też wymiotującemu za moimi plecami dziecku. Zaopatrzeni w brytyjskie czasopisma pokroju Classic and Sports Car, wczuwaliśmy się w nastrój klasycznej brytyjskiej motoryzacji, z którą mieliśmy się wkrótce zmierzyć.

Po wylądowaniu poszło gładko, na szczęście żaden z nas nie miał śniadej karnacji co znacznie ułatwiło sprawne przejście z lotniska na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy udać się na pociąg do ziemi obiecanej, którą w tym przypadku było położone pod Londynem miasto Croydon.

Pociąg sprawnie przewiózł nas z Luton na dworzec w Croydon, skąd razem z wesołym kierowcą Ubera, ruszyliśmy do Croydon Classics (http://www.croydonclassics.com/), przynajmniej tak zaklądał plan. Siedziba tej firmy znajduje się wśród stajni i łąk położonych na przedmieściach Croydon. Adres otrzymany od sprzedawcy, przekazaliśmy naszemu kierowcy, jednak kiedy głos z aplikacji wymówił magiczne słowa ‘You’ve reach the target’ trudno było ocenić kto był bardziej skonsternowany, my, kierowca czy koń, który spoglądał na nas z łąki obok. Z pewnością jednak musiało to być któreś z wymienionych wyżej, ponieważ byliśmy jedynymi żywymi istotami w polu widzenia.

W końcu po kilku telefonicznych wskazówkach, udało nam się znaleźć nasz cel, nic dziwnego, że nie zauważyliśmy go po drodze, ponieważ nie był oznaczony żadnym szyldem. Biuro znajduje się w niewielkim garażu zastawionym  wszelkiej maści częściami do MGB. W hali położonej zaraz obok wspomnianego garażu zobaczyliśmy to:

MGB produkowane były od 1962 r. do 1980 r., jak na tamte czasy była to całkiem innowacyjna konstrukcja, z samonośnym nadwoziem. Model, po który przyjechaliśmy pochodzi z 1967 roku. Technicznie auto nie wzbudzało zastrzeżeń, pod maską było czysto i schludnie. Nigdzie nie było widać rdzy. Samochód kilka lat temu był restaurowany, jedynym mankamentem był lakier, na masce został już częściowo zdjęty. Również wnętrze wymaga nieco pracy, deska rozdzielcza została przez poprzedniego właściciela obciągnięta beżową skórą, jednak sposób wykonania sugeruje, że tapicer nadużywał Guinessa lub po prostu nie wiedział co robi. Te niedociągnięcia akurat nie mają większego znaczenia dla nowego właściciela, docelowo auto ma służyć jako daily drive, na przestrzeni dwóch lat planowana jest całkowita konwersja auta wraz z wymianą całego nadwozia, silnika i zawieszenia.

Formalności nie zajęły dużo czasu i tak przed południem wyjechaliśmy nowo zakupionym autem. Na tym etapie pogoda nam sprzyjała, pierwszym przystankiem była stacja benzynowa. Plan zakładał powrót promem, który mieliśmy zabukowany na godzinie 22, tak na wszelki wypadek. Co dawało nam dziesięć godzin na pokonanie stosunkowo niewielkiej odległości jaka dzieliła nas od Dover, skąd wypływał prom. Po drodze znajduje się miejscowość Caterham, gdzie kilka lat temu mój kolega razem, z którym teraz siedzieliśmy w MGB zawoził swojego Caterhama na przegląd. Ku naszemu zdziwieniu w miejscu salonu Caterhama znajdowały się obecnie nowe budynki mieszkalne natomiast po salonie nie było śladu. Jak się okazuje Caterham opuścił Caterham w 2013 r. i aktualnie tylko nazwa producenta wiąże go z miejscowością, z której się wywodził. Dla szybkiego przypomnienia, w Caterham znajdowała się siedziba firmy Caterham Cars, która była wiodącym dealerem modelu Lotus 7 produkowanego od 1957 roku. W 1973 Caterham Cars odkupiło od Colina Chapmana prawa do tego modelu i rozpoczęło własną produkcję, która trwa do dziś. Wracając do naszej wyprawy, nie muszę chyba się rozpisywać na temat skali rozczarowania, ręka w górę kto chciałby zobaczyć salon Caterhama. Jednak w trakcie tego wyjazdu nie zakładaliśmy możliwości porażki i tak po szybkim pytaniu do wujka Google ustaliliśmy, że salon z Caterham został przeniesiony do oddalonej około 30 kilometrów miejscowości Crawley. W stosunku do drogi powrotnej jaka nas czekała była to żadna odległość, tym samym decyzja mogła być tylko jedna.

Wkrótce dojechaliśmy do Crawley, kawałek przed salonem naszą uwagę zwróciła laweta ze zmasakrowanymi nowymi Seatami, które spadły z najazdu. Snuliśmy przypuszczenia jak mogło do tego dość, kiedy zauważyliśmy kawałek dalej kładkę nad ulicą a pod nią rozsypane szkło. No cóż, kierowcy ciężarówki udało się przecisnąć pod spodem jednak nie bez strat. Ale kto by się przejmował Seatem, nas czekały ciekawsze samochody.

dscn1441

Przed salonem były zaparkowane demonstracyjne Caterhamy, a w środku czekało kilka niespodzianek. Po wejściu do salonu znaleźliśmy się w niewielkim pomieszczeniu, w którym znajdowały się raptem cztery samochody. Pierwszy to jak łatwo się domyślić Caterham będący w aktualnej ofercie, obok niego stał koncepcyjny AeroSeven. Będący wizją Lotusa 7 XXI wieku. Pamiętam jak to auto pojawiło się w 2013 roku a teraz mogłem je obejrzeć z bliska. Kolejnym samochodem jaki witał wchodzących do salonu był torowy model SP300R. W narożniku pomieszczenia przyczaił się bolid F1 przypominający o doświadczeniu jakie Caterham zgromadził w trakcie swojego udziału w zmaganiach królowej sportów motorowych. Z tego przedsionka przechodzimy do obszernej hali, w której podziwiać można pełną gamę modeli oferowanych przez Caterhama. Od wyjściowego modelu Seven 160 do wartego 50 tys.£ modelu Seven 620R o mocy 310 KM, który setkę osiąga w 2.79 sekundy. Wśród dostępnych modeli znalazły się też dwa Caterhamy 21, których nigdy wcześniej nie widziałem.

Kiedy już nacieszyliśmy oczy nadszedł czas ruszyć w drogę. W między czasie pogoda nieco się popsuła, zaczął padać deszcz, który systematycznie przybierał na sile. Postanowiliśmy spróbować przebukować bilet na prom na wcześniejszy rejs, także ruszyliśmy do Dover, oddalonego o jakieś 130 km. Na tym etapie wyszedł jeszcze jeden mały mankament MGB, mianowicie nieszczelna uszczelka na tylnej klapie przy zawiasach. Nie był to wielki problem, wystarczyło ułożyć bagaże pomiędzy zawiasami tak aby uchronić je przed zamoknięciem. Wydajność wycieraczek też odbiegała od dzisiejszych standardów, ale działały i to było najważniejsze. Do Dover dojechaliśmy bez problemów, w cieniu białych klifów wjechaliśmy do portu, zobaczyć czy uda się załapać na wcześniejszy rejs. Plus był taki, że udało nam się przebukować bilety na 20 zamiast 22, natomiast nie mogliśmy czekać na terenie portu, poproszono nas o włączenie awaryjnych świateł i wyjechanie z terenu portu. W tym momencie zorientowaliśmy się, że nigdzie nie ma przełącznika świateł awaryjnych, na szczęście nikt nie robił z tego problemu. Pojechaliśmy na kawę poczytać gazety i poczekać na prom.

Do samochodu dołączone były dwie książki jak naprawiać MGB i katalog części, z którymi również się zapoznaliśmy, Jednak pomimo skrupulatnej lektury nie udało nam się ustalić jak włączyć ogrzewanie tylnej szyby, która cała zaparowała ze względu na kapiącą z tyłu wodę.

Był co prawda jeden przełącznik pomiędzy zegarami, którego przeznaczenie pozostało dla nas niewiadomą, ponieważ jego przełączanie niczego nie powodowało.

Po odczekaniu kolejnych godzin, w końcu udało nam się wjechać do portu i ustawić w kolejce na prom, cały czas w akompaniamencie deszczu i kapania z tylnej klapy, na szczęście ogrzewanie w aucie działało. Kilka samochodów przed nami stał Bedford, stylowy camper, który w sam raz nadawałby się na pole namiotowe przy Le Mans Classic. Kiedy już wszyscy zapakowali się na pokład pożegnaliśmy Wyspy i popłynęliśmy w stronę kontynentu.

Niecałe dwie godziny później dopłynęliśmy do Dunkierki skąd udaliśmy się do hotelu na nocleg.

Porządnie wyspani ruszyliśmy w drogę przed godziną 10, MG nie zawiódł i bez problemu odpalił.  Od domu dzieliło nas jakieś 1100 kilometrów, w blasku słońca wjechaliśmy na autostradę, która prowadziła do domu. Nie chcieliśmy zanadto kusić losu, dlatego poruszaliśmy się w tempie około 100 kilometrów na godzinę. Jeśli chodzi o komfort jazdy, MBG bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Pomimo niewielkich rozmiarów, co widać szczególnie kiedy auto stoi obok współczesnych modeli, w środku dla podróżujących z przodu jest zaskakująco dużo przestrzeni. Przy wzroście 180 cm, mogłem swobodnie wyprostować nogi na miejscu pasażera. Miękkie sprężynowe fotele pokryte skórą, okazały się tak wygodne, że jazda ciągiem przez kilka godzin nie stanowiła żadnego problemu. W kabinie było oczywiście głośniej niż we współczesnych autach, jednak nie na tyle aby stanowiło to problem do prowadzenia rozmowy.

Podróż przebiegała gładko, jakieś 700 km przed celem naszej podróży zatrzymaliśmy się na tankowanie i szybki posiłek. Wzmocnieni Gulaschsuppe ruszyliśmy do naszego samochodu, który zakręcił ale nie chciał odpalić. Wszystko wskazywało na to, że gaźnik wymagał regulacji, jednak po krótkiej chwili grozy, silnik odpalił. Odetchnąwszy z ulgą wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy dalej. W sumie tankowaliśmy cztery razy, nota bene spalanie MG było kolejnym miłym zaskoczeniem, ostatnie tankowanie wypadło tuż przed Polską granicą. Nie bez obaw kierowca przekręcał kluczyk w stacyjce, jednak tym razem poszło gładko i do domu dotarliśmy już bez żadnych przeszkód.

Wnioski ? Jest jeden, ja też chce MGB, bo to naprawdę wyśmienite auto.

dscn1472

Wiktor Słup-Ostrawski